2694 m.n.p.m.! dzień 11.

24.08

hej ho, na Majkę by się szło…i kolejne wyschnięte jezioro na Buni

Nie spaliśmy tej nocy za dobrze, wspomnienia Komovi wciąż były świeże i mimo świadomości, że jesteśmy wysoko w górach – strach pozostał. Po krótkim, niespokojnym śnie, zebraliśmy się do ostatniego skoku w góry, tym razem wychodząc dużo wcześniej, aby nie smażyć się na podejściu w upale i zdążyć jeszcze zejść do samochodu.

tylko nart brak! pola firnowe pod Mają Jezerces – 35 stopni i wciąż śnieg…

Droga wiodła przez całą dolinę Buni i Jezerces, by potem wieźć przez morze kamieni…aż do kulminacji. Wszędzie wokół widać było jaskinie (ach ten kras), gdzieniegdzie pola śniegu, nie stopniałego mimo upałów (ile musiało go być wcześniej!). Nie było łatwo, stopy męczyły się tak nieustannym nierównym podłożem, kostki od wykręcania we wszystkie strony. Maja Jezerces, mimo że wydawała się tak blisko, wciąż jak dla nas była za daleko. Około 3 godziny zajęło nam dostanie się do przełęczy pod szczytem, skąd szykowaliśmy się na ostateczny skok.

Widok nie był tak zachwycający, jak wcześniej mieliśmy okazję podziwiać z różnych szczytów – obraz przesłaniała delikatna mgiełka i nie udało nam się dostrzec za wielu planów na horyzoncie. Zerwał się zimny wiatr, więc wystawieni byliśmy z jednej strony na prażące słońce, a z drugiej mieliśmy gęsią skórkę od zimnych podmuchów. Obawialiśmy się dość ostatniego kawałka wspinaczki, liczne opisy trasy ostrzegały przed wspinaczką i rumowiskami skalnymi…

skalny, surowy, niedostępny świat Prokletijów w całej krasie – człowiek czuje się intruzem

I faktycznie, droga była może nie tyle trudna technicznie (a raczej my się przyzwyczailiśmy do charakterystyki tych gór), co długa i męcząca. Wszędzie otaczały nas rozpadliny skalne i obsuwające się kamienie. Najtrudniejszym etapem była długa ściana mniej więcej w 2/3 drogi do szczytu – prawie pionowa, z niewieloma występami do oparcia, a jeśli były to z dodatkiem świru, który usuwał się spod nóg. Szlak nie był rewelacyjnie oznakowany (choć faktycznie byliśmy mile zaskoczeni, że w ogóle był oznaczony – od Buni i Jezerces na sam szczyt, zapewne, mimo że nie była to już Czarnogóra, podyktowane było to popularnością szlaku) i czasem kluczyliśmy między kamieniami wypatrując biało czerwonej kropki. Po ponad godzinie zobaczyliśmy wreszcie krzyż i zdobycie 2694 m.n.p.m. stało się faktem!

skrzynka na szczycie – jesteśmy na 2964 m.n.p.m.!

Widok, choć zamglony, nadal robił wrażenie. To był nasz najwyższy do tej pory szczyt i chyba najbardziej dotkliwie odczułam tam słońce – przy takim rozrzedzeniu powietrza po prostu wypalało skórę, a wiatru było jak na lekarstwo. Nie mogliśmy spędzić tam za dużo czasu, szczególnie, że czasu na powrót nie zostało wiele, a czekał nas długi i mozolny powrót po kamieniach. Wpisaliśmy się więc do księgi pamiątkowej ze skrzynki na szczycie (niestety, pieczątki nie było…), zrobiliśmy pamiątkowe zdjęcia i zaczęliśmy schodzić. Odszukanie szlaku w drodze powrotnej okazało się trudniejsze niż przy wchodzeniu, trudność też była taka sama. Na dodatek nie mieliśmy za dużo wody, a najbliższe ujęcie było w Zastanie…wyczerpani dotarliśmy do przełęczy, skąd po odpoczynku ruszyliśmy dalej w dół.

Nogi bolały coraz bardziej, powykręcane na wszystkie strony, kolana też już protestowały z nadmiernego obciążenia. Schłodziliśmy się w polu lodowym i tam też musieliśmy nabrać wody – destylowana lepsza niż żadna, do następnego źródła było jeszcze daleko. Mimo to jednak mieliśmy czas, by znów docenić piękno Buni i Jezerces. Jak pięknie musi wyglądać ta dolina, gdy jeziora są pełne szafirowej wody…

zejście ze szczytu było równie trudne jak wejście…pionowe ściany i wszędobylski żwirek dały nieźle w kość

Owce pasące się w dużej ilości również doceniały krajobraz (choć raczej jego trawiastą część). Gdy tak wlekliśmy się do namiotu, moją uwagę przykuła koza, do której zresztą czułam powinowactwo personalne (długie rude włosy). Z daleka zauważyłam, że coś się dziwnie wygina…  Wielkim zaskoczeniem było odkrycie, że właśnie rodzi! Zanim zdążyliśmy dojść bliżej, urodziła już dwie małe, trzęsące się jak galaretki, ale owłosione (i oślinione od razu przez matkę) rude kozie istnienia. Nasze rozradowanie dostrzegł też pasterz, ten sam, który powitał nas w dolinie dzień wcześniej. Poczęstował nas cukierkami, po czym zaczęła się czarnogórsko-polska pantomima. W końcu rozszyfrowaliśmy właściwie wiadomość – chodziło o to, że pasterz miał wielkie stado owiec do spędzenia do Zastanu, a małe koźlaki nie dałyby rady zejść same taki kawał (stromy) drogi. Prosił więc, że gdy będziemy tamtędy schodzić, powiadomić jego żonę, by przyszła i je zabrała. A najlepiej to pokazać zdjęcia.

nowo narodzone kozy ze szczęśliwą mamusią i gospodarzem

Niestety, nie udało nam się w tym pomóc pasterzowi, bo nie umieliśmy już wytłumaczyć, że musimy jeszcze zwinąć manatki znad jeziora i zrobić obiad. Słyszeliśmy potem już przemieszczające się dzwonki owiec. Zdążyliśmy jeszcze wykąpać się w uroczo lodowatym jeziorze, co było niesamowitą ulgą, szczególnie dla obolałych stóp. Jakże protestowały, gdy znów trzeba było włożyć ciężkie buciory i jeszcze dociążyć się plecakiem…

Z czasem nie było najlepiej, szansa na to, że zejdziemy do samochodu (i znajdziemy jeszcze miejsce na nocleg) była znikoma. Postanowiliśmy więc zejść i zanocować w Zastanie, stamtąd było zaledwie 1,5 godziny wygodnym zejściem do naszego auta. Samo zejście również nie obyło się bez przygód – po drodze spotkaliśmy mamę kozę, która się zgubiła w krzakach, ale na nasz widok najwyraźniej stwierdziła, że odnalazła przewodników. Nie należała niestety do tych grzecznych kóz, tylko ciągle kluczyła po krzakach, co doprowadzało mnie do rozstroju nerwowego, że znowu się gdzieś zgubi. Karolina z Piotrkiem śmiali się ze mnie, gdy z wielkim plecakiem przedzierałam się między gałęziami, by pogonić kozę na drogę kijkiem.

zguba wróciła do właścicieli (z moją drobną pomocą)

Gdy zeszliśmy do Zastanu, zapędziłam zgubę do zagrody. Spotkaliśmy naszego znajomego pasterza z rodziną, strasznie się ucieszyli z kozy i wręczyli nam w podziękowaniu 1,5 litrową butelkę pełną jeszcze ciepłego, świeżutkiego, smacznego krowiego mleka. Tylko Karolina pogardziła mówiąc, że jak coś nie rośnie na półce w sklepie, to nie jest zjadliwe ;).

Miejsce w Zastanie było wymarzone do noclegu – dostęp do wody, towarzysze Czesi w namiotach obok i ostatnie chwile w górach. Nie mieliśmy jednak możliwości, by specjalnie nacieszyć się otoczeniem, bo zmęczenie dało o sobie znać równolegle z wyjęciem śpiwora…

Dzień 12

„Melduję, iż granica albańsko-czarnogóska została przekroczona!” – przy słupku granicznym żegnamy Buni i Jezerces

Reklamy

One response to “2694 m.n.p.m.! dzień 11.

  1. Pingback: odwiedziny w Albanii. dzień 10. | Dusza Śpiewa·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s