Kornwalia i Devon – angielski raj

Kornwalia - zieloność i klify

Kornwalia – zieloność i klify

Jakiemukolwiek Brytyjczykowi (i to niezależnie od regionu!) nie wspomnieć o Kornwalii, całkowicie zmienia się jego wyraz twarzy. Z rozmarzeniem odpowiada „Ach, Kornwalia…”. Bardzo się ucieszyłam, że miałam okazję na własne oczy zobaczyć tą cudowną krainę i przekonałam się, że pogłoski o jej pięknie nie są przesadzone.
Wyjazd był dość spontaniczny, przewidziany na 4 dni, z czego dzień pierwszy zaczął się koło południa w okolicach Brystolu, a dzień czwarty skończył się o godzinie 17 w tym samym mieście. Niby 4 dni to całkiem dużo, ale Kornwalia i Devon nie są wcale tak małe…nasz plan przewidywał zjechanie jak największego obszaru, oczywiście samochodem, bo odległości na cokolwiek innego były za duże.
Plan przedstawiał się mniej więcej tak:

Ponieważ jak zaznaczyłam, plan był bardzo spontaniczny, nie mieliśmy nawet pomysłu co zrobić z noclegiem. Couchsurfing tym razem zaszwankował (małe zaludnienie, długi weekend – wszyscy wyjeżdżają), została opcja B&B (drogawo…). My poszliśmy o krok dalej – kupiliśmy namiot.

bohaterowie na koń! i w Exmoor :)

bohaterowie na koń! i w Exmoor 🙂

Z tym wiąże się dość zabawna historia, ponieważ muszę przyznać, że była to transakcja mojego życia. Znaleźliśmy zestaw złożony z namiotu, dwóch śpiworów, karimat i krzesełek za 40 funtów. Nie było to dużo, dało się przeżyć, choć trochę żałowałam, że nie wzięłam ani swojego ulubionego śpiwora ani namiotu. Ale bagaż waży, szczególnie jak się go wiezie samolotem…Po przeanalizowaniu za i przeciw oraz wszystkich innych potencjalnych opcji, w tym że namiot będzie przeciekać bo jest tani (a z deszczem trzeba się liczyć zawsze), zataszczyliśmy pudło do kasy.

wrzosowiska Exmoor - zielono i fioletowo od kwitnących wrzosów

wrzosowiska Exmoor – zielono i fioletowo od kwitnących wrzosów

Przy kasie sprzedawca długo mocował się ze zeskanowaniem kodu, a gdy wreszcie się udało, na ekranie terminala karty pokazała się kwota…1 funta. Zamurowało nas kompletnie, ale sprzedawcy się jakoś nie przejęli i stwierdzili, że w takim razie zestaw faktycznie kosztuje jednego funta. Po wydrukowaniu potwierdzenia pokazali nam jeszcze, że mamy na namiot roczną gwarancję…

dzikie kucyki rasy Exmoor

dzikie kucyki rasy Exmoor

Naszą przygodę zaczęliśmy od przejazdu przez Exmoor National Park. Bardzo chciałam zobaczyć i Exmoor i Dartmoor, ponieważ idea spaceru po sięgających po horyzont wrzosowiskach wydawała mi się niesamowicie kusząca. I faktycznie tak było, choć za pierwszym razem połączyliśmy nasze pasje z eksploracją terenu – mianowicie wsiedliśmy na konie :). Trudno opisać jak wielką radość sprawia wskoczenie na siodło po prawie miesięcznej przerwie…szczególnie że widoki zapierały dech. Z jednej strony klify, z drugiej fioletowe dywany wrzosów. A w drodze powrotnej udało mi się „ustrzelić” z samochodu aparatem kucyki Exmoor, dzika rasa żyjąca na terenie parku narodowego.

Hartland

Hartland

Pierwszy nocleg spędziliśmy w okolicy Hartlandu, czyli jeszcze w rejonie Devonu. Hartland to kolejny rejon AOBN (podobnie jak wcześniej opisywane Mendip Hills), o czym mieliśmy się przekonać następnego dnia. O zmierzchu dotarliśmy do urokliwego miasteczka o wąskich uliczkach, kierując się przede wszystkim zapachem jedzenia. Udało nam się znaleźć ostatnią otwartą knajpkę – fish and chips take away. Ach ta przyjemność wyjadania ryby z frytkami palcami :). Nasz okazyjny namiot rozbiliśmy już po ciemku na jednym z campingów miasteczka. O dziwo działał, tak jak i reszta sprzętu!

wybrzeże klifowe w rejonie Hartland Quay

wybrzeże klifowe w rejonie Hartland Quay

Następnego dnia ruszyliśmy zwiedzić sam cypel – do Hartland Quay. Piękna zatoka, oprócz widoków na morze, odkryła dopiero swoje wnętrze, gdy zjechało się na sam brzeg – wtedy ukazały się klify i kamieniste wybrzeże. Moje pierwsze klify! Nie było jednak aż tak ciepło, mimo słońca, bym mogła się wykąpać…jednak w Anglii pojęcie lata znacząco różni się od Polski…Na szczęście widoki wynagrodziły choć trochę tą stratę.

zapierające dech widoki wybrzeża z warowni Tintagel

zapierające dech widoki wybrzeża z warowni Tintagel

Kolejnym etapem naszej wycieczki był Tintagel, ponoć zamek samego Króla Artura. Kto nim rządził, nie do końca wiadomo, ale faktycznie miejsce świetnie nadawało się na warownię – prawie że wyspa, połączona z lądem tylko bardzo wąską granią i na dodatek bardzo stromą.

Samych ruin warowni nie ma zbyt wiele, choć pozostałości są oryginalne, z XIII wieku. Natomiast zdecydowanie warto się wdrapać na półwysep ze względu na oszałamiające widoki – zarówno morza, jak i stromych klifów oraz wybrzeża aż po horyzont. Pogoda dopisywała bardzo, więc spędziliśmy tam dużo czasu, wygrzewając się na skałach i napawając się bryzą morską. Takie wakacje to ja rozumiem…

Tintagel

Tintagel

Pod dość męczącej wspinaczce – obejście warowni, która wznosi się około 200 metrów nad poziomem morza zajmuje co najmniej 2 godziny – spróbowaliśmy lokalnego przysmaku: pieroga kornwalijskiego, bogato nadziewanego mięsem i warzywami. Dopiero tak wsparci ruszyliśmy dalej, w poszukiwaniu noclegu.

Tym razem jechaliśmy dość długo, bo aż na sam koniec półwyspu Kornwalii, w okolice Penzance, gdzie nie zatrzymując się po drodze ze względu na godzinę znaleźliśmy kolejny camping. Pogoda całkiem nieźle się jeszcze trzymała, choć było nieźle zimno, dlatego grzaliśmy się przy grillu. W końcu biwak to biwak :).

klify na Land's End

klify na Land’s End

Niedziela okazała się być już mniej piękna niż pozostałe dwa dni – z gęstych chmur co jakiś czas pokapywał deszcz i temperatura nadal się nie podwyższyła, co nie powstrzymało nas jednak przed dalszą drogą. Mieliśmy w planie sporo zwiedzania, jednak plany trzeba było weryfikować na bieżąco, w zależności od tego, czy padało aż, tak że nie bardzo chciało się wychodzić z samochodu, czy akurat może niebiosa zrobiły sobie przerwę.

najbardziej znany i obfotografowany znak w Wielkiej Brytanii :)

najbardziej znany i obfotografowany znak w Wielkiej Brytanii 🙂

Początek dnia wyszedł nam całkiem udany, bo mimo to, że nieźle padało, gdy opuszczaliśmy camping, to jak dojechaliśmy do Land’s End, było już całkiem znośnie. Land’s End czyli sam koniec cypla Kornwalii i rzekomo najdalej wysunięty na zachód punkt Wysp Brytyjskich (rzekomo, bo tak nie jest) jest jednym z najpopularniejszych miejsc w Wielkiej Brytanii, przynajmniej do robienia sobie zdjęcia ze znakiem. Poza tym usytuowało się tam małe miasteczko zakupowo-pubowe oraz, dla mnie dużo bardziej ciekawe, piękne klify. Z samym znakiem nie chciało nam się robić zdjęcia, bo była kolejka, ale na spacer nad klify nikt już nie musiał nas namawiać. W oddali znajdowało się parę kamienistych wysepek z latarnią morską, a daleko na horyzoncie majaczyła jeszcze jedna, prawdopodobnie ta umiejscowiona na Skyllach (wysepki położone około 30 km od lądu).

plaża tuż obok Teatru Minack

plaża tuż obok Teatru Minack

Drugą sporą atrakcją tych okolic jest Teatr Minack, kamienny, zbudowany na klifowym zboczu z widokiem na plażę i wybrzeże. Tu jednak nie mieliśmy już szczęścia, bo lało całkiem nieźle. Ja tylko bohatersko wyszłam na plażę, bo była wyjątkowo ładna, a morze nawet w tej niespokojnej, zachmurzonej aurze było piękne…

Również nie mieliśmy szczęścia w okolicach Penzance – dokładnie przy wyspie St. Michelle, na której znajduje się pokaźny zamek. Aby jednak na nią się dostać, trzeba trafić w odpływ, bo dopiero wtedy ukazuje się droga przejezdna dla samochodów. Tym razem jednak między wyspą a lądem hulało sobie morze, więc zamek zobaczyliśmy tylko z daleka, choć i tak było warto.

wyspa St. Michelle z zamkiem

wyspa St. Michelle z zamkiem

Droga wiodła nas dalej przez Fallmouth, miasta położonego przy jednym półwyspie, na przeciwko którego znajduje się drugi, bliźniaczy. Na obu stoją zamki, choć nie zrobiły na nas wielkiego wrażenia. Niewielkie, choć dobrze zachowane i z jako takim widokiem na zatokę i okolicę. Chyba też ze względu na pogodę nie przypadły nam tak do gustu…

katedra w Truro

katedra w Truro

Przejechaliśmy również przez Truro, stolicę Kornwalii, sławną z ogromnej gotyckiej katedry. Tu również dopadł nas pech, bo była zamknięta – remont. Jednak z zewnątrz sprawiała niesamowite wrażenie. Również sama okolica katedry – malutkie sklepiki, wąskie uliczki – nastrajała pozytywnie, choć akurat w niedzielę po południu wiały pustką. Dobrze, że udało nam się znaleźć przyjemny pub – dobre jedzenie i cydr poprawiły nam humor na dalszą drogę…

Kolejny nocleg znaleźliśmy nieopodal Lothswithel. Było to strategiczne miejsce, abyśmy następnego dnia mogli niespiesznie dotrzeć do Brystolu, skąd miałam złapać pociąg dalej – w kierunku Liverpoolu. Znów parkowaliśmy po ciemku i w rzęsistym deszczu. Zostało tylko pocieszyć się cydrem w namiocie, bo nawet grilla nie dało rady rozstawić…

kolorowe wybrzeże Kornwalii

kolorowe wybrzeże Kornwalii

Rano niestety nie było lepiej. Deszcz lał przez całą noc i całkiem doceniliśmy namiot – mimo potencjalnej prowizorki (stosunek jakości do ceny…) dał radę i nie przemókł ani trochę. Ciężko tylko było zmusić się do wyjścia z namiotu, a tym bardziej jego zwijania i pakowania do samochodu…Jednak nie było innego wyjścia. Z tego też powodu postanowiliśmy po prostu jechać – w takich warunkach nie dało się nawet nic zwiedzać. Jedyne, na co mi się udało namówić kierowcę, to przejazd samochodem przez Dartmoor.

wrzosowiska Dartmoor we mgle

wrzosowiska Dartmoor we mgle

Był to strzał w dziesiątkę i cieszyłam się nawet aurą pogodową. Mgły i opary deszczowe ścielące się po i tak ponurych wrzosowiskach sprawiły, że dłuższy objazd minął nam w niesamowitej atmosferze. Sprzyjające w tym rejonie jest to, że przez cały park narodowy przebiega dogodna droga dla samochodów, więc nawet w deszczu można zakosztować piękna wrzosowisk. Są one zupełnie inne niż Exmoor – bardziej posępne, kamieniste, mniej kolorowe. Dużo większe obszarowo dają niezliczone możliwości do wędrówek. I tu również miałam szczęście – udało mi się zobaczyć Dartmoor ponies, dzikie kucyki żyjące na tym terenie, pasące się w deszczu.

Tym praktycznie zakończyliśmy naszą wycieczkę, potem już tylko wracaliśmy drogą szybkiego ruchu do Brystolu. Trochę było nerwów, bo wpakowaliśmy się w korki, jak to po każdym dłuższym weekendzie…a pociąg czekać nie będzie! Lawirowaliśmy mniejszymi drogami i jakoś udało się dotrzeć. To, że puściłam pociąg i musiałam łapać następny, to już zupełnie inna historia ;).

 

Reklamy

3 responses to “Kornwalia i Devon – angielski raj

  1. Pingback: 9 mitów na temat podróżowania | Dusza Śpiewa·

  2. Pingback: Sintra – gdzie bajka staje się rzeczywistością | Dusza Śpiewa·

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj /  Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj /  Zmień )

w

Connecting to %s