Armenia. Opowieść w 3 aktach. Akt I – dacza pod Aragacem

Armenia wita - płaskowyż, trawy, jeziora

Armenia wita – płaskowyż, trawy, jeziora

Armenia to kraj znany, jeśli w ogóle go ktoś kojarzy, z tego że leży na południe od Gruzji. Taka trochę biała plama, trochę niebieska od rozległego jeziora Sewan. Są tam ponoć monastyry, chaczkary, a poza tym w sumie podobnie jak w Gruzji tylko gór mniej i goręcej. Coś jest w tym podsumowaniu, jeśli rzuci się okiem na ten kraj. Wystarczy jednak się otworzyć i nawet parę dni diametralnie zmienia nastawienie do Armenii. Nie dane jej jest być tak bogatą w krajobrazy i naturę jak Gruzja, to prawda. Jednak ten kraj stoi ludźmi, niezwykłymi, kipiącymi opowieściami, które nam, Europejczykom, wydają się niewyobrażalne.

Jechaliśmy do Armenii trochę z duszą na ramieniu, bo jeszcze na parę miesięcy przed wyjazdem zaczęły się kłopoty. Jak zwykle polityka – niespokojnie na granicy Armenii i Azerbejdżanu, w rejonie Górskiego Karabachu, były ofiary, działania prowojenne. Z tego względu plan z eksploracji południa Armenii i Gór Synuik został przekształcony w gruzińsko-ormiańską epopeję, gdzie sama Armeniia skurczyła się do Aragaca i Erywania. Niedużo, ale bezpieczniej. Niezwykłe jest uczucie, gdy stąpa się po Tbilisi, gdzie zaledwie parę lat temu przetaczały się fronty i świstały kule. Tak samo niezwykłe było przejść się placem pod Operą w Erywaniu, gdzie zaledwie parę miesięcy wcześniej przechodziły demonstracje. Nawet teraz stali ludzie, czuć było napięcie.

takie domostwa to rzadkość w Europie...szczególnie jeśli dodać pustkę dookoła

takie domostwa to rzadkość w Europie…szczególnie jeśli dodać pustkę dookoła

Taki jest właśnie rejon Kaukazu, nieustabilizowany, napięty, jeszcze nie okrzepły. To zupełnie inne uczucia, niż te towarzyszące podróżom po Europie. Mi najbardziej przypominały Bałkany i to pod wieloma względami – kultury, muzyki, jedzenia i historii…o tym rozmyślaliśmy, gdy busik wolno toczył się coraz większym pustkowiem w stronę przejścia granicznego Gruzja-Armenia. Teren stopniowo się wypłaszczał, jedynie naokoło wynurzały się pojedyncze góry lub wzniesienia. Poza tym płasko aż po horyzont, morze traw i stepu, poprzecinane jeziorami. Nieliczne domy i niewielkie wsie. Widać jednak biedę – domostwa skromne, często walące się, na obejściu starsi ludzie, czasem jakiś samochód, stary ciągnik. Region poza turystycznym celem, ziemia porzucona, niegościnna. Czyli wreszcie coś prawdziwego.

Zaskoczył nas już sam posterunek straży granicznej. Od strony gruzińskiej to jeszcze jako tako, chociaż budynek przejścia wyrosły nagle na pustkowiu zaskakuje. Tu odprawiono nas szybko, po czym turlaliśmy się dalej prawie kilometrowym pasem ziemi niczyjej, co tym większe robi wrażenie, że trudno dostrzec na horyzoncie kolejny posterunek, tym razem ormiański. Nic dziwnego, niepozorny blaszak…łatwo by się pomylić. Tu odprawa trwa już dłużej, dokładnie studiują pieczątki w paszporcie. Z pieczątką z Azerbejdżaniu nie ma szans na dostanie się do Armenii. Nawet koleżankę z pieczątkami z Azji (Kirgistan, Rosja itp) zaczęli przepytywać co tam robiła. Na szczęście i tym razem się udało, witamy w Armenii.

zestawienie ormiańskich domków z talerzami satelitarnymi...bezcenne

zestawienie ormiańskich domków z talerzami satelitarnymi…bezcenne

Toczymy się dalej na południe płaskowyżem, w oddali powoli zaczyna nam majaczyć zarys wieloszczytowego masywu Aragaca. Nie wydaje się tak wysoką górą, a jednak 4000 mnpm, na które mamy się wspiąć w ciągu najbliższych dni, robi wrażenie, choćby liczbowo. Wdajemy się w rozmowę z kierowcą, jest nas dziewiątka, z tego tylko jedna osoba mówi dobrze po rosyjsku. Od słowa do słowa zmieniają się plany – mieliśmy wchodzić na Aragac tradycyjną drogą południowo-zachodnią, jednak prognozy pogody i tłumaczenia kierowcy zmieniają nasze założenia. Okazuje się, że droga południowo-wschodnia wydaje się być mniej uczęszczana, ale ładniejsza. Nie uda nam się patent z podjechaniem do obserwatorium meteorologicznego na 3200 mnpm oraz noclegu przy jeziorze. Za to coraz bardziej przyjazny kierowca, rodowity ormianin, zaprasza nas pod Aragac, bo ma tam swoją miejscówkę. Jak tu nie skorzystać?

dacza de luxe

dacza de luxe

Najpierw zaliczamy przystanek w lokalnym supermarkecie, który okazuje się być kapitalnie wyposażony, jak na mój gust lepiej niż większość w Gruzji. Witają nas lokalne specjały, a już największą atrakcją jest piec ceglany na środku supermarketu, w kształcie kopca, do którego co chwila piekarz wrzuca kule ciasta, rozpłaszczające się w jego wnętrzu. Tak powstaje lawasz, lokalny chleb o długości około metra. Po chwili piekarz wskakuje (!) do środka pieca i szybko odskrobuje chleby ze ścianek. Gotowe! Patrzymy jak zaczarowani żując gorący, pulchny chleb, zagryzając wołowiną na zimno z kolendrą (oczywiście). W dziale alkoholi pysznią się butelki koniaku Ararat. Tu już kończy się moda na czaczę – w grę wchodzi koniak (ale nie na każdą imprezę, to raczej towar na eksport) oraz rosyjska wódka.

Rosyjskich „dobroci” jest zresztą mnóstwo na każdym kroku. Mijają nas Łady w coraz to ciekawszym wydaniu, stareńkie i nówki sztuki. Są i GAZy, przydające się w trudniejszych warunkach. Po rosyjsku da się dogadać prawie wszędzie. Nasz kierowca zrobił też duże zakupy – w sumie dokładnie nie wiemy czego się spodziewać po tej miejscówce, ale przystajemy na gościnę. Folklor, trzeba czegoś się dowiedzieć o tym kraju, choć większość z nas po rosyjsku nie mówi, ale sporo da się zrozumieć. Ludzie okazują nam cierpliwość i życzliwość, więc chcemy spróbować.

zachód nad daczą - w tle dwa wierzchołki Aragacza

zachód nad daczą – w tle dwa wierzchołki Aragacza

Lądujemy na środku pola, co nas niezmiernie zaskoczyło. Miejscówką okazała się dacza a nieopodal stawy rybne. Jednak organizacyjnie gospodarze nieźle podziałali – po podłączeniu do akumulatora jest i światło i muzyka. Nasz kierowca skrzyknął jeszcze kolegę, we dwóch się krzątają i pod prowizorycznym daszkiem sprzątają, przystosowują przestrzeń dla 9 osób. Odmawiamy noclegu w samej daczy, namioty dadzą nam więcej przestrzeni. Za chwilę na stole ląduje 5 ryb ze stawu, z zakupów ze sklepu – ogórki, pomidory, papryka, ziemniaki. To wszystko wraz z przyprawami wrzucają do wielkiego gara i na butlę gazową. Po złożeniu prowizorycznego stołu wjeżdża lawasz, lokalne sery, sałatka z pomidorów i ogórków oraz piwo, wódka. Jesteśmy pod ogromnym wrażeniem ogarnięcia tematu kolacji dla 15 osób i nie uczestniczyła w tym żadna kobieta!

lawasze piekące się we wnętrzu pieca

lawasze piekące się we wnętrzu pieca

Siadamy do stołu, nasz kierowca co chwilę rozmawia szybko przez telefon.  Na horyzoncie już zachód i w ostatnich barwach gasnącego nieba majaczy podwójny wierzchołek Aragaca. Nim zasiądziemy do posiłku, zajeżdża stara łada wypełniona ludźmi. Z niej wychodzi postawny mężczyzna – i już wiemy kto tu jest szefem szefów. Sasza przez dłuższy czas unika zabierania głosu, ale po jego gestach i sposobie zachowania oraz tym, jak reszta naszych gospodarzy się do niego odnosi. Nasz kierowca licząc około 35 lat jest zresztą przy nim dzieciakiem. Sasza ze śmiechem patrzy na moje okulary i mówi, że w takim razie muszę zjeść głowę pstrąga, bo wierzy się, że oczy pomagają na oczy.W końcu jednak zaczyna mówić, a nam brwi podnoszą się tylko wyżej, a oczy otwierają szerzej. Poznaliśmy bowiem właściciela z połowy ziem pod Aragacem, którego znają chyba wszyscy, mającego nawet własny posterunek w Górskim Karabachu. To dzięki niemu dowiadujemy się jak to naprawdę tam jest, jak Ormianie się na to zapatrują. Górski Karabach jest finansowany prywatnie przez bogatych Ormian, także oni stawiają posterunki żołnierskie i jeden taki jest właśnie Saszy, wraz z 25 podwładnymi. Zaczynają się śpiewy, rozmowy o życiu i śmierci, a nawet tańce.

Sasza i jego Łada, w której zmieściły się wszystkie plecaki i dziewczyny

Sasza i jego Łada, w której zmieściły się wszystkie plecaki i dziewczyny

Śnimy ten ormiański sen i nie wierzymy, że to prawda, bo w Europie już na taką gościnność, taką różnorodność i otwarcie się nie trafia. Jesteśmy w innej rzeczywistości, pod wielką górą, na środku pola, przepijając z tymi, którzy wrośli tu bardziej niż korzenie nielicznych drzew. Wszyscy tu się znają, wszyscy sobie pomagają, nie ma induwidualistów, są powiązania, połączenia, społeczność. Sasza mianuje się naszym przewodnikiem i wiemy, że nie mamy możliwości odmówić. Gdziekolwiek pójdziemy, tam on będzie nas widział. Omawiamy plany wejścia na Aragac i mamy już załatwiony transport do osady Jazydów, na 2400 mnpm. Sasza zawiezie nas osobiście.

KONIEC AKTU I

 

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s