Armenia. Akt II – pod szczytem Wielkiej Góry

to co , kawka na drogę?

to co , kawka na drogę?

Aragac to osobliwa góra. Jest ich właściwie dwie, samotnie wystające ponad płaskowyż okolicznych ziem – Ararat i Aragac. Jeden po stronie tureckiej, drugi na terenie Armenii. Jest coś tragicznego w tej historii, bo to Ararat Ormianie nazywają świętą górą, a nie mogą do niego nawet podejść – granice z Turcją są zamknięte…mogą na nią tylko spoglądać, gdy wyłania się z mgły, świecąc czapą śniegu. Aragac jest niższy, ale wciąż imponujący – z 4000 mnpm widać Armenię daleko, daleko. Ponadto jest on samotną górą, a nie zatopioną w pasmie innych, niewiele niższych, co robi jeszcze większe wrażenie. Potężne grzbiety suną do góry, a na ich zboczach osiadły wioski, miasteczka, osady pasterskie…Aragac ma aż 4 wierzchołki o niewielkiej różnicy wysokości. Większość turystów wchodzi na południowo-zachodni, ponieważ najłatwiej do niego się dostać – istnieje droga od zachodu, ubita, którą można dojechać lokalną taksówką aż do stacji meteorologicznej, znajdującej się nad jeziorem na wysokości około 3200 mnpm. Pozostaje niewiele do podejścia. My wybraliżmy drogę wschodnią, startując z miejscowości Aragac.

na GAZie w górę

na GAZie w górę

Zwijaliśmy się z naszego przydaczowego obozowiska niespiesznie, bo chcieliśmy tylko podjechać i podejść najwyżej jak się da, by rozbić obóz. Szczytowanie zostawiliśmy sobie na dzień kolejny. Sasza, lokalny szefu wszystkiego, najpierw zawiózł nas swoją ładą (weszły do niej wszystkie plecaki i dziewczyny, chłopaki musieli iść obok) do domu, gdzie jego żona poczęstowała nas kawą parzoną po turecku (chociaż woleliśmy tego słowa nie wymawiać, Ormianie są na Turków bardzo przeczuleni, nie bez przyczyny). Potem wrzucił nas wszystkich na pakę GAZa – ogromnej, starej ciężarówki radzieckiej, popularnej w tych regionach. Jechaliśmy w górę ale łagodnie, rzucało nami strasznie, chociaż dla pojazdu każde wyboje wydawały się fraszką (nam trudno było utrzymać równowagę).Zajęło nam to chyba z godzinę, aż doturlaliśmy się na przepastną łąkę, ostatnie porządne wypłaszczenie przed podejściem na szczyt. Naszym oczom ukazały się rozrzucone w kupkach tu i ówdzie namioty Jazydów, lokalnej społeczności o własnych zwyczajach i języku (co w praktyce oznacza brak możliwości porozumienia się w jakimkolwiek języku), zajmujących się wypasem bydła oraz koni. Rozbiliśmy się niedaleko nich i mimo braku możliwości prowadzenia elokwentnej konwersacji, zostaliśmy poczęstowani chlebem, serem i herbatą. Sasza się z nami pożegnał, przyjmując obietnicę, że znów się spotkamy.

wioska Jazydów u stóp Aragacza

wioska Jazydów u stóp Aragacza

Dobrze, że tego dnia nie zamierzaliśmy nic zdobywać, bo wczesnym wieczorem runęła na nas koszmarna burza. Lało tak intensywnie, że wszystkie namioty podmokły, a my tylko kuliliśmy się pod nimi podczas grzmotów. W pobliżu ujadały też psy pasterskie, które na przyjazne specjalnie nie wyglądały, więc noc przeżyliśmy dość niespokojną. I krótką – pobudka czekała nas o 4 rano. Jeszcze było ciemno, tylko na horyzoncie rysowały się pierwsze kolory świtu. Zjedliśmy pospiesznie owsiankę i ruszyliśmy w górę. Pogoda była idealna, zresztą wszędzie można spotkać zalecenia podejść rano, bo po południu zbierają się chmury w tym rejonie (zresztą, sprawdziło się to). Powoli wstawało słońce, a z nim góry zmieniały kolory z czerwieni przez pomarańcz i żółć. Najpierw czekało nas podejście dość strome na kolejne wypłaszczenie (od biedy można tam też rozbić obóz, ale temperatura jest odpowiednio niższa). Ilość roślinności zmniejszała się, aż w końcu ustąpiła skałom i śniegowi. Znaleźliśmy się w swoistym kraterze, gdzie otaczały nas wierzchołki Aragacza. Daleko w dole rozpościerały się wioski.

góry się budzą

góry się budzą

Im wyżej jednak tym szło się ciężej, mimo że zostawiliśmy większość dobytku na dole. Mnie choroba wysokościowa zaczęła dopadać już po 3000 mnpm. Jak to się objawiało? Zmęczenie niewspółmierne do wysiłku, ruchy jak w kiślu, dość nieprzyjemne otępienie, podobne trochę do kaca lub mocnego niewyspania. Im wyżej tym bardziej nie chciało się iść, mimo że wierzchołek majaczył już na horyzoncie. Cholerna perspektywa nie pozwalała jednak na szybki finisz…powoli zaczęły się kłębić chmury, dość niepokojąco, więc z samego wierzchołka, północnego, bo na ten najwyższy chcieliśmy wchodzić, zrezygnowaliśmy. Jednak emocje i krajobrazy pozostały głęboko w głowie. To była moja największa do tej pory wysokość i dość nieciekawe spotkanie z chorobą wysokościową. Sama góra do podejścia jest prosta, jedynie trzeba liczyć siły na zamiary oraz na pogodę. Schodziliśmy już sprawnie, chociaż musieliśmy się przebić przez nowo powstałą warstwę chmur. Zabawnie – poniżej niej nie było słońca i pogoda ze słonecznej zmieniła się w pochmurną dość raptownie…

słońce w dolinie, gdzieś w dole

słońce w dolinie, gdzieś w dole

Całkiem spore podejście (różnica wysokości 1500 mnpm) dość nieźle nadszarpnęło nasze siły, więc zjedliśmy obiad, żeby się trochę wzmocnić, zwinęliśmy obóz i zmachani podreptaliśmy z powrotem. Zamarzyła nam się porządna kąpiel (oczywiście w strumieniu), przyjemne obozowisko i spokojny wieczór, w końcu przedostatni w tym osobliwym kraju. Niedaleko ponad wioską Aragac znaleźliśmy świetne miejsce, spokojna łączka, strumień tworzący coś w rodzaju małego basenu, ujęcie wody pitnej nieopodal…cudo. Jednak nie doceniliśmy tubylców. Nieopodal biegła droga, którą wjeżdżaliśmy pod górę z Saszą, na pace ciężarówki i tam pojawił się jeden czy dwa samochody – w końcu weekend, Ormianie też chcą odpocząć. Nikt nas nie zaczepiał, ale jak się okazało, wieści szybko się rozchodzą. Chcieliśmy jakoś uczcić naszą ormiańską przygodę, więc dwóch przedstawicieli naszej drużyny wyprawiło się do sklepu w wiosce. Jakąś godzinę później, do naszego idyllicznego obozu, wkradł się ryk GAZa…z chłopakami na pace. Nim minęli rogatki wsi, zgarnął ich Sasza. Wkurzony był strasznie – i to wcale nie dlatego, że rozbiliśmy się na jego ziemiach czy komuś to przeszkadzało. Nie goszcząc u niego tego wieczoru nadszarpnęliśmy jego wizerunek we wsi („że niby JA ich nie ugoszczę?!”) i niewiele nam tłumacząc, dostaliśmy 10 minut, żeby zwinąć obóz i zapakować się z powrotem na pakę. Ale przywiózł nam też lody :).

skończyło się zielone, tylko kamienie i śnieg

skończyło się zielone, tylko kamienie i śnieg

u podnóża szczytu

u podnóża szczytu

sielankowy obóz...i krótki zarazem, bo żadna sielanka nie trwa wiecznie

sielankowy obóz…i krótki zarazem, bo żadna sielanka nie trwa wiecznie

Najlepsze było potem. Dostojnie i powoli Sasza prowadził GAZa przez wieś, z koniecznym postojem przed sklepem, gdzie pół miejscowości mogło nas obejrzeć i zanotować fakt, iż jesteśmy gośćmi Saszy. Przy okazji zaopatrzył się on w prowiant na kolejną imprezę, która niechybnie nas czekała. Oczywiście, wylądowaliśmy znowu na daczy. Saszy wkurzenie szybko przeszło, a nawet był bardziej gadatliwy niż wcześniej, co pozwoliło nam jeszcze bardziej zanurzyć się w ormiańskie klimaty, opowieści z Karabachu, historie rodzinne…dostaliśmy również transport dnia następnego do Erywania. No i szczęście nas nadal nie opuszczało, Sasza postanowił zabrać nas następnego dnia na Festiwal Maliny, lokalny festyn kulturowy, który odbywał się akurat w Aragacu.

CDN

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s