my Lisbon story

azulejos czyli wizytówka całej Portugalii

azulejos czyli wizytówka całej Portugalii

Tytuł tego posta silnie nawiązuje do filmu Wima Wendersa „Lisbon story”. Jeśli ja nie dam rady przekazać wrażeń z pobytu w tym mieście, to ten film na pewno uzupełni braki. A tymczasem jadąc z Porto przez Coimbrę, znalazłam się wreszcie w stolicy, mieście o którym słyszałam mnóstwo legend, obrazki żółtych tramwajów same rodziły się w głowie. Zabawnie jest zebrać sobie przed wyjazdem wszystkie strzępki informacji i skojarzeń, dotyczących danego miejsca, a potem porównać je z rzeczywistością. Nie za bardzo wiedziałam, czego spodziewać się po Portugalii, o Lizbonie słyszałam tylko, że ponoć jest duża i można ją zwiedzać w nieskończoność. Zaznaczę tylko, że poniższy opis jest moją subiektywną oceną (jak wszystkie mniej więcej na tym blogu). Gust to rzecz względna. Ale postaram się być w miarę dokładna.

to się nazywa fantazja - historia Lizbony w postaci komiku na ścianie przed...szaletem miejskim

to się nazywa fantazja – historia Lizbony w postaci komiku na ścianie przed…szaletem miejskim

Lizbona i Porto to dwie zupełnie różne historie. Począwszy od charakteru i wielkości miast, a skończywszy na opinii samych ich mieszkańców, którzy, jedni na drugich, mówią „ci z północy” i „ci z południa”. Lizbona nie leży tak blisko oceanu jak Porto, ale na szczęście jest on łatwo osiągalny pociągiem – dodatkowo wybrzeże jest znacznie ciekawsze, ale o tym będzie w osobnym poście :). Do samej stolicy łatwo się dostać, bądź samolotem (są regularne połączenia LOT, TAP i taniej Wizzair), co jest o tyle korzystne, że lotnisko znajduje się w mieście i łatwo z niego się wydostać metrem, bądź pociągiem np. z Porto. Pociągi w Portugalii może najtańsze nie są, ale za to wygodne, punktualne i mają WiFi :). Poza tym nic nie zaskoczyło mnie bardziej niż tory pociągnięte nad samą plażą i szczęście obserwacji zachodu słońca nad oceanem z pociągu!

jedna z nasłynniejszych elevadores wraz z widokiem na zatokę - szkoda że już nie żółta...

jedna z nasłynniejszych elevadores wraz z widokiem na zatokę – szkoda że już nie żółta…

W samej Lizbonie najszybciej i najłatwiej poruszać się metrem, a najciekawiej tramwajami. Tramwaje do osobna historia, bo sa przecież wizytówką miasta, choć niestety nie są już żółte – wandale dotarli i tu łącznie z grafitti na całych wagonikach :(. Musimy jednak rozróżnić tramwaje od tzw.  elevadores, będących połączeniem tramwaju z kolejką górską. Tych drugich jest zaledwie kilka i służą głównie do poruszania się góra-dół (czego w Lizbonie nie brakuje, położona jest na siedmiu wzgórzach, więc trzeba mieć nie lada kondycję, żeby przebiec miast wzdłuż i wszerz!). Tramwaje zaś mają długą drogę, wciskają się w najwęższe uliczki i są świetnym sposobem na zwiedzanie miasta (szczególnie polecam linię 28, biegnącą od zachodu na wschód, krążącą po Alfamie). Nie jadą szybko, mają pootwierane okna, w środku stareńskie, z drewnianymi elementami, trzeszczącymi przy każdym zakręcie…cudo :). Metro natomiast służy do szybkiego przemieszczania się, a stacje rozłożone są dość gęsto, więc nie ma problemu z przerzuceniem się szybko z jednego końca miasta na drugi.

miasto najlepiej zwiedza się niespiesznie tramwajem 28

miasto najlepiej zwiedza się niespiesznie tramwajem 28

Lizbona to miasto stosunkowo nowe. W 1755 roku uległo w większości zniszczeniu na skutek trzęsienia ziemi, wiec większośc miasta utrzymana jest w równym, klasycystycznym stylu. Jedynie Alfama ostała się i to ona według mnie jest najciekawszym elementem miasta. Stara dzielnica niegdysiejszej biedoty, pełna chaotycznie rozmieszczonych ulic, często prowadzących do nikąd, sznurów z porozwieszanym praniem, dróżek biegnących w górę i w dół, wciskających się tramwajów, knajpek i sklepików z rękodziełem…mało tu szeroko pojetej turystyki, raczej życie i…cisza, o którą wcale nie tak łatwo. Alfama rozłożyła się na zboczach wzgórza, które wieńczy zamek św. Jerzego, ciekawy zabytek udostępniony do zwiedzania, z którego najlepiej obserwować miasto przy zachodzie słońca. Na szczęście jeśli ktoś nie ma ochoty wydawać 8 euro i stać w długiej kolejce, nie należy tak bardzo za krajobrazami płakać – de fact gdziekolwiek się człowiek nie wciśnie to znajdzie jakiś taras, albo placyk z widokiem. Lizbona jest położona na wzgórzach, ma więc budowę schodkową więc nietrudno być wyżej niż wszyscy inni. Mi udało się upolować parę nieznanych miejsc nawet dla mojego gospodarza, który jest przewodnikiem!

zaułki Alfamy

zaułki Alfamy

Apropos gospodarzy – to kolejny ogromny plus tej wycieczki. Portugalia ludźmi stoi i nigdy nie pozna się tego państwa tak, jak właśnie przez opowieści ludzi. Mój gospodarz miał ogromną wiedzę o mieście, ponieważ akurat przygotowuje się do zostania przewodnikiem po mieście i z dużym entuzjazmem zwiedzał je razem ze mną, próbując zapamiętać jak najwięcej na przyszłość. Przekazał mi również wiele własnej wiedzy, ciekawostek, których nie sposób tu przytoczyć wszystkich. Dlatego jeśli ktoś nie jest miłośnikiem zwiedzania z nosem w przewodniku, zdecydowanie polecam upolowanie jakiegoś couchsurfera :). Mimo swojej wiedzy jednak, w wyborze knajpek lub kawiarni kierowaliśmy się własnymi upodobaniami i myślę, że do tego nie trzeba jakiejś kosmicznej wiedzy. Miejsc w Lizbonie, w których warto posiedzieć jest mnóstwo, nie ma obawy że trzeba będzie długo szukać.

plac Rossio

plac Rossio

Zwiedzanie czy  w ogóle poruszanie się po mieście zazwyczaj zaczyna się od dzielnicy Baixa, najbardziej reprezentacyjnej, naszpikowanej zabytkami…i ludźmi. Wprost ze stacji metra Rossio wychodzi się na plac, skąd widać już większość głównych zabytków miasta. Całość to czysty klasycyzm, gdzieniegdzie widać tylko pozostałości dawnych zabudowań oraz zamek na szczycie wzgórza w oddali. Moją uwagę od razu przykuła niedokończona katedra Convento do Carmo, wyglądająca trochę jak z „Katedry” Bagińskiego. Jest ona nie tyle niedokończona ile nie odbudowana po trzęsieniu ziemi – na pamiątkę tego wydarzenia. Utrzymana w pięknym gotyckim stylu, widać to jeszcze po pozostałych łukach, robi dość niesamowite wrażenie, bardziej niż klasyczne bryły Teatru Narodowego i wszystkich kamienic, ciągnących się przy równych ulicach aż do zatoki. Tuż obok katedry znajduje się jeszcze jedna osobliwość – Elevador da Santa Justa, bardzo stara winda platformowa, która pozwala podjechać na wyższy poziom wzgórza, na którym znajduje się Lizbona. Jeśli jednak nie mamy ochotę znów na kolejkę i kolejne wydane euro to jest ratunek – wystarczy wejść sobie na wzgórze ulicą i widok jest podobny, szczególnie piękny na plac Rossio, okoliczne wzgórza i całą Lizbonę. Polecam wybrać się około zachodu słońca!

niesamowita 100-letnia winda

niesamowita 100-letnia winda

Poza tym…mogłabym wymienić mnóstwo nazw zabytków, ale od tego są przewodniki. Co jednak wg mnie absolutnie warto, jeśli się ma parę dni, to po prostu pochodzić po tym mieście, powspinać się na wzgórza, pogapić na kamienice, ludzi, zjeść coś dobrego w licznych knajpkach (w Alfamie do tego wieczorami jeszcze śpiewają fado, nostalgiczną muzykę śpiewaną, która narodziła się właśnie tu), pobuszować w poszukiwaniu fajnych widoków, a wieczorem zajrzeć koniecznie do pijalni ginji (likier wiśniowy z tutejszych gatunków wiśni, smakuje troszkę inaczej niż wiśniówka, mniej słodka, dlatego często podaje się ją w małych kieliszkach z czekolady, którą się potem po prostu zjada). Na pewno ze dwie są na samym placu Rossio, w każdej sprzedają ginjinhę innej firmy, wiec można porównać. Pijalnia to może za dużo powiedziane – ot okienko w której dają likier, ale kolejka jest :). Apropos jedzenia to polecam pamięci fakt, że Portugalczycy bardzo przestrzegają pory posiłków, co ma swoje odbicie w godzinach otwarcia restauracji – te zazwyczaj są otwarte 12-15 (lunch) i 19-24 (obiad). Co oznacza, że w porze klasycznego obiadu w Polsce niewiele znajdzie się miejsc do porządnego posiłku…

Pomnik odkrywców w dzielnicy Belem

Pomnik odkrywców w dzielnicy Belem

Czymś całkiem odrębnym jest dzielnica Belem, znajdująca się o 10 minut drogi pociągiem (w ramach biletu miejskiego) od centrum Lizbony (główny dworzec kolejowy jest przykryty pieknym budynkiem, tuz obok placu Rossio). Słynie właściwie z 3 elementów: niezwykłej budowli obronnej w postaci Torre de Belem, pomnika odkrywców (Padrao dos Descobrimentos) oraz dużego kompleksu monastyru Monastero dos Jeronimos. Wieża jest bardzo charakterystyczna i równie często przedstawiana na pocztówkach z Lizbony, jednak poza swoim widokiem nie przedstawia ogromnej turystycznej wartości. Bardziej moją uwagę przykuł pomnik odkrywców, troszkę w stylu statuł pracy z czasów komunizmu, jednak dość ciekawie przedstawiającej postaci z historii Portugalii, związanych z odkryciami geograficznymi – Vasco da Gama, Marco Polo, Henryk Żeglarz. To właśnie to małe państewko było kiedyś prawdziwym gigantem jeśli chodzi o dalekie podróże i ilość posiadanych kolonii. Nieprzypadkowe jest też miejsce – to właśnie stąd wypływały statki, udając się poza dotychczas znane mapy. Skłoniło mnie to do refleksji, jak musieli wtedy czuć się ci żeglarze – pionierzy: po prostu któregoś dnia wsiedli na statek z pytaniem w głowie „A co tam jest?”. W tle pomnika, patrząc od zachodu, widać wiszący most, prawdziwa duma Lizbończyków, przypominający trochę sławny most San Francisco. Na koniec, odrywając się od wody, można zajść do monastyru dos Jeronimos. Trudno go nie zauważyć, bo jest naprawdę imponujących rozmiarów, na dodatek bogato zdobiony w białym kamieniu. W jego obszarze znajduje się również Muzeum Morskie.

Torre de Belem

Torre de Belem

Podsumowując stolicę Portugalii – jest kwestią gustu czy określimy je jako piękne i urzekające, czy po prostu jako kolejną stolicę. Mając na uwadze wiele odwiedzonych europejskich stolic, Lizbona była dla mnie dość niezwykła i pogodna w swoim stylu i charakterze, bez ciężkości dużego miasta, choć zdecydowanie bardziej przytłaczająca niż Porto, które urzekło mnie kameralnością. Znajdzie się tu na pewno coś ciekawego dla każdego, jednak z faktem bycia stolicą wiąże się parę niedogodności. Pierwsza to wszędobylskie samochody – ruch w centrum nie jest regulowany, co oznacza korki, auta wpychające się w najciaśniejszą uliczkę, parkowane wszędzie, hałas. Do tego dodajmy jeszcze naprawdę spore tłumy ludzi – wprawdzie byłam poza najwyższym okresem turystycznym, jednak trafiłam akurat na długi weekend w Portugalii, także było ich zdecydowanie więcej niż normalnie w grudniu. Szczerze mówiąc, czułam się dość przytłoczona, a kolejki do zabytków odstraszały. Sytuację ratowały piękne dekoracje świąteczne, jarmark oraz…Alfama, która dzięki plątaninie uliczek dała wytchnienie i upragniony spokój.

Lizbona to jednak nie tylko samo miasto, ale także jego przyległości, mniejsze miasta i miasteczka, słynące z mnogości zabytków i indywidualnego charakteru. Żeby je wszystkie odwiedzić, potrzeba by co najmniej tydzień. Ja miałam okazję być w jednym z najsławniejszych z nich, ale o tym w następnej opowieści :).

nieodbudowana po trzęsieniu ziemi katedra

nieodbudowana po trzęsieniu ziemi katedra

Lizbona w zapadającym zmierzchu a w dali zamek św. Jerzego

Lizbona w zapadającym zmierzchu a w dali zamek św. Jerzego

jeden z nieodkrytych przez turystów tarasów - widok na Alfamę

jeden z nieodkrytych przez turystów tarasów – widok na Alfamę

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s