Sintra – gdzie bajka staje się rzeczywistością

będzie ciekawie! przykuwające wzrok niezwykłe kominy Palacio National

będzie ciekawie! przykuwające wzrok niezwykłe kominy Palacio National

Z Sintrą historia była dość ciekawa. Zanim jeszcze przyjechałam do Lizbony, mój przyszły gospodarz i rodowity Lizbończyk wyłożył mi rozpisany (co do pory dnia!) plan zwiedzania okolicy. Nie miałam za wiele czasu bo około 2,5 dnia, dlatego też z duża rezerwą podeszłam do pomysłu wysyłania mnie poza główne miasto. Lizbona to przecież stolica i można tam ponoć tydzień. Ale w końcu odpuściłam, bo mimo że lubię mieć swój rozum i go słuchać, to jednak rozumy tubylców bywają w wielu momentach mądrzejsze od mojego :).

I to był zdecydowanie strzał w dziesiątkę. Sintry nie da się porównać do niczego, co można zobaczyć w Portugalii, ilość niesamowitych zabytków rozpiętych na dużym obszarze przyprawia o zawrót głowy, szczególnie jeśli tak jak ja, ma się niewiele czasu by je zobaczyć. Dostałam polecenie pojechania tam wcześnie rano i był to dobry pomysł – na samym początku udało mi się uniknąć głównego tłumu turystów (ale i tak było ich naprawdę dużo, co zaskoczyło w porównaniu do dość spokojnego Porto) i w miarę się wyrobiłam do zmierzchu (w grudniu zapada on dość szybko bo koło 17.00).

szalenie ważna mapka autobusów i destynacji

szalenie ważna mapka autobusów i destynacji

Do Sintry najłatwiej dostać się pociągiem z głównego dworca Lizbony, a podróż zajmuje około 40 minut. Zaraz po wyjściu ze stacji w Sintrze wita nas obszerna tablica z rozpisanymi autobusami co i gdzie. Jest to naprawdę ważna informacja – nie ma szans, żeby zobaczyć większość miejsc pieszo, jedynie da się dojść do centrum Sintry (bardzo urokliwe miasteczko, choć mocno turystyczne) i Quinta de Regaleira (ok. 15 minut piechotą). I to tyle z oszczędzania na transporcie. Żeby dostać się do zamków na górze, musimy wydać 5 euro (tam i z powrotem), a do Cabo da Roca – 8,5 euro. Plus jest taki że z Cabo możemy przejechać do Cascais, innego miasteczka obok Sintry, bardzo urokliwego, a ta trasa jest również zawarta w cenie. Z Cascais pociągi kursują regularnie do Lizbony. Tak więc moja trasa wyglądała następująco (i taką polecam dla posiadających około 10 godzin):

Sintra – Quinta de Regaleira – Palacio de la Pena – Cabo da Roca – Cascais

Quinta de Regaleira

arkadowe mury i wieżyczki - szczyt romantyzmu

arkadowe mury i wieżyczki – szczyt romantyzmu

Pierwszą atrakcją na mojej drodze (oprócz przejścia przez Sintrę i ogarnięcia transportu) był tak naprawdę Palacio National, jednak zostałam uprzedzona, że nie warto specjalnie się nim przejmować, w środku nie ma niczego ciekawego. Cóż, może i jest, ale w moim i tak zapchanym grafiku nie było szans na kolejne zwiedzanie, tak więc dziwną, dwukominową budowlę mogłam obserwować z daleka, po drodze do Quinta. Kolejny raz zastanowiła mnie niezwykła portugalska architektura – przeplatające się style, często wg mnie ocierające się o kicz, ale nie pozbawione uroku, a już na pewno oryginalności.

a może by tak zejść do studni?

a może by tak zejść do studni?

Przy wejściu do Quinta de Regaleira czekała mnie już nie za duża ale jednak kolejna. Po opłaceniu dość drogiego biletu (8 euro), który na szczęście okazał się tego wart, ruszyłam sobie z planem okolicy pospacerować. Nie, nie zwiedzać, bo Quinta de Regaleira jest de facto parkiem zbudowanym nie tak dawno, bo zaledwie 100 lat temu. Funkcją jego był więc relaks i piękno samo w sobie – rozłożony na dość stromym stoku wzgórza, kaskadowo poprzecinany jest alejkami i niezwykłymi budowlami o charakterze altanek i ciekawostek. Każdy budynek ma niezwykle kunsztowne zdobienia, mnóstwo jest azulejos, witraży. Czego w ogóle nie ma – kościółki, kapliczki, arkady, fontanny oraz niezwykła studnia do której dna można dojść krętymi schodami. Są również przejścia podziemne! No i oczywiście mnóstwo pięknej roślinności. Największy budynek, pełniący funkcję niewielkiego domku letniego (chociaż w Portugalii lato w naszym rozumieniu to jest cały rok…), jest tak misternie zdobiony i filigranowy, że wydaje się być niezwykle kruchy i ulotny. Spacer po obszarze parku to spokojnie 1-2 godziny, zależy ile ma się czasu i siły (chodzimy w końcu po górach). Daje jednak niezwykłe doznania artystyczne.

brakuje jeszcze tylko pań w powłóczystych sukniach z koronkowymi parasolami :)

brakuje jeszcze tylko pań w powłóczystych sukniach z koronkowymi parasolami 🙂

główny budynek w parku, a do tego kwitnące roślinki - w końcu grudzień...

główny budynek w parku, a do tego kwitnące roślinki – w końcu grudzień…

Palacio da Pena

feeria barw i ornamentów - aż się w głowie kręci!

feeria barw i ornamentów – aż się w głowie kręci!

Aby dostać się do Palacio da Pena, trzeba wrócić do centrum Sintry (nie mylić ze stacją pociągu) i stamtąd spróbować wbić się do autobusu, pnącego się stromą drogą na szczyt wzgórza, gdzie stoi pałac. Nie przypadkowo mówię o wbiciu się, bo ilość turystów jest trochę przerażająca (a byłam poza sezonem!) i czasem trzeba poczekać na kolejny autobus, żeby w ogóle do niego wejść. Droga jest krótka, ale podejście piechotą to około godzina. Po drodze mijamy kolejny pominięty przeze mnie zabytek – Castelo dos Mauros, średniowieczna twierdza Maurów, obecnie w postaci raczej ruin i głównie murów obronnych, po których można zrobić sobie całkiem przyjemny spacer z widokami. Tu znów chciałam się kłócić z moim gospodarzem, bo uparł się że mam iść do Palacio da Pena i żadnego innego. Na zdjęciu wyglądał dla mnie potwornie kiczowato i wahałam się jeszcze przed zakupem biletu (niestety, znów drogo – 11,5 euro…). Decyzja na tak była jednak absolutnie opłacalna.

widok na Twierdzę Maurów

widok na Twierdzę Maurów

Pałac jest położony na szczycie wzgórza, które otacza piękny, ogromny park. Już w samym tym miejscu można by spędzić cały dzień. Choć sam pałac znów nie ma ogromnej wartości historycznej, bo zbudowano go w końcu XIX wieku, to jednak jego niezwykłość przykuwa jak magnes. Miłośników architektury może zrazić karkołomna kolorystyka i miks stylów, jednak w tym całym chaosie jest coś niezwykłego, powiedziałabym – portugalskiego. Umieją oni łączyć elementy pozornie niepasujące lub ryzykując nadmiarem stwarzają osobliwości, które trudno nazwać pięknymi, ale właśnie przyciągającymi swoją unikalnością. Podchodząc coraz bliżej budowli, coraz szerzej rozdziawiałam usta :).

kużganki wewnątrz pałacu

kużganki wewnątrz pałacu

Pałac nie jest bardzo duży, ale oprócz samego swojego wyglądu – wybudowano go na niezwykle malowniczym miejscu, szczycie wzgórza, skąd widoki ciągną się do Oceanu, na sąsiednią Twierdzę Maurów i pozostałą część parku. Zachwyca dopracowanie elementów, wszędobylskie azulejos, odtworzenie pokoi i ich wnętrz. Dużo jest arkad, kolumnad i ornamentów, a prawie wszędzie da się wejść. Do tego, często omijany przez turystów, spacer po przepięknym, dobrze utrzymanym ale nie na siłę regulowanym parku z ogromnymi daglezjami i mnóstwem zieleni. Tam czułam się chyba najlepiej, poza tłumem turystów. Dodatkowo park jest również rozłożony na nieco mniejszym wzgórzu, skąd rozciąga się piękny widok na Pałac. Absolutnie warto!

panorama z parkiem i pałacem - widać jaka przestrzeń...

panorama z parkiem i pałacem – widać jaka przestrzeń…

Cabo da Roca

zapierające dech klify oraz latarnia morska

zapierające dech klify oraz latarnia morska

Ostatni przystanek mojego niezmiernie bogatego we wrażenia dnia był wisienką na torcie. Na pewno moim, bo zakochałam się w oceanie już w Porto i mój gospodarz uspokoił mnie – będzie ocean i będę zachwycona. No dobra! Żeby dojechać aż na sam zachód, nie tylko okolicy ale też kontynentalnej Europy (sic!), musiałam wrócić się do stacji pociągu, skąd odjeżdżają busy w tamtym kierunku (8 euro). Tu już nie było takiego rządnego wrażeń tłumu, więc spokojnie usiadłam sobie w autobusie, który potrzebuje około 40 minut, telepiąc się przez wszystkie małe wsie okolicy (ale w pozytywnym znaczeniu). Dodatkowo uroku sytuacji dodała pora dnia – zanosiło się powoli na zachód słońca.

tak! jestem na najbardziej na zachód wysuniętym punkcie Europy :)

tak! jestem na najbardziej na zachód wysuniętym punkcie Europy 🙂

Cabo da Roca klifami stoi. I to nie byle jakimi – potężnymi, monumentalnymi, z rozbijającymi się białymi grzywami fal u podnóża. Na tych klifach umiejscowiony jest pomnik stanowiący fakt, że jest to najbardziej na zachód wysunięty punkt Europy (coś ja mam z tymi zachodnimi punktami – jakiś czas temu trafiłam na taki w Kornwalii, tam też było zresztą mnóstwo klifów). Turyści zwykle dochodzą tylko do tego monumentu, a ja jak zwykle ucięłam sobie wędrówkę po skałach (widziałam, że jak ktoś się uprze to da się zejść na sam dół). Trzeba uważać, bo mało barierek i łatwo wykręcić nogę. Ale widoki zapierają dech. Na skały, na ocean, na wybrzeże wraz z piękną latarnią morską tuż obok. A do tego dodajmy zachód słońca (polecam tą porę dnia!)…

klify w zachodzącym słońcu

klify w zachodzącym słońcu

słońce zatapia się w Oceanie

słońce zatapia się w Oceanie

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s