Tuszetia – raj odzyskany

droga do Omalo owiana pierzyną chmur

Kaukaz przyciąga jak magnes. Trudno powiedzieć z jakiego głównie powodu – wysokich gór, ośnieżonych szczytów na horyzoncie, wściekle zielonych łąk i cienistych lasów, czy może głębokich dolin, stad koni, krów i owiec pasących się tam, gdzie wyobraźnia zdecydowanie odmawia współpracy. Do tego tęskniłam, o tym śniłam po nocach. Przestrzeń pochłania, pozwala wyciągnąć skrzydła, oczyścić umysł, przeżyć chwile katharsis, zlania z horyzontem. Dlaczego zatem to Tuszetia stała się rajem, a nie inne rejony w których do tej pory była?

Tuszetia, nazywana najdzikszym rejonem Gruzji, okazała się być ostatnim elementem układanki. Oprócz zwalających z nóg krajobrazów na każdym kroku, urokliwych wsi i fantastycznej pogody doszedł element dopełniający idealny obraz – ludzie. Ludzie Tuszetii, ich mieszkańcy, ale także ci, którzy tam trafiali. Nie będzie przesadą gdy powiem, że Tuszetia to polska kolonia w Gruzji. Jak również mekka włóczęgów z całego świata. Ale po kolei.

przełęcz Abano 2900 mnpm

Do Tuszetii można dostać się zaledwie parę miesięcy w roku – tylko gdy zejdą śniegi, a buldożery przetrą szlak dla samochodów. Z Tbilisi trzeba najpierw dostać się do małej miejscowości Alvani (bezpośrednio ze stolicy, lub taniej i łatwiej marszrutką do pobliskiego Telavi i stamtąd taxi do Alvani). To z Alvani kursują dopiero jeepy zabierające turystów w 3,5-godzinną drogę wybojów, dziur i przepaści, która liczy zaledwie 70 km, ale wjeżdża na 2900 mnpm. Widoki wiele wynagradzają, bo już od początku czuć otwierający się Kaukaz. Najpierw lasy liściaste, tak bardzo przypominające Polskę, rwąca rzeka poniżej, czasem mały wodospad spadający wprost na dach samochodu. Potem ścieżka pnie się kręto wprost na przełęcz. Po drodze – widoki na szczyty, czasem krystalicznie czyste, a czasem w pierzynie chmur, otulających nadchodzący region tajemnicą i niedostępnością. Robi się zimniej, zostawiamy za sobą 35-stopniowy upał stolicy, by zanurzyć się w przyjemny 17-stopniowy chłód gór. dla nas to bardziej znajome i przyjazne. Oddychamy z ulgą. Za przełęczą drogą prowadzi znów kręto w dół, po czym wiedzie już wprost do centrum Tuszetii – Omalo.

Omalo położone jest malowniczo na płaskowyżu, otoczone głębokimi dolinami

Samo położenie Omalo to majstersztyk Stwórcy. Tuż przed spotkaniem oko w oko z wsią, wspinamy się ostatni raz mozolnie samochodem na wypłaszczenie na 2000 mnpm. Naszym oczom ukazuje się masywna zieleń łąk, w dali ostre szczyty, a dokoła rozsypane domki miejscowości. Nad całym obrazem góruje forteca Omalo, umiejscowiona w najwyższym punkcie. Omalo dzieli się na Dolne (u podnóża wzniesienia z wieżami) i Górne, sprytnie schowane u stóp samych wież, praktycznie niewidoczne w zagłębieniu, póki nie wjedzie się stromą drogą pod same wieże. My wybraliśmy Omalo Górne, ze względu na niesamowite położenie oraz wskazówki przewodnika odnośnie noclegu. Byliśmy ostatnimi turystami wjeżdżającymi tego dnia do Omalo, nasz kierowca musiał zanocować i poczekać do rana z powrotem. Przewodnik wskazał nam najstarszy w okolicy Guesthouse 2005. Jako znająca cokolwiek rosyjski wyforsowałam się z plecakiem na przód, zaglądając do pomieszczeń i szukając gospodarzy. Tak właśnie zaskoczyłam wszystkich wparowując do niewielkiej jadalni, gdy właściciel Grigorij sposobił się do kolejnego toastu, a goście w postaci Portugalczyka, dwóch Koreanek, Francuza, Czecha i Niemca popatrzyli na mnie z zaskoczeniem, ale i szerokim uśmiechem. Gość późny, ale to Gruzja – każdy mile widziany. Szybko ogarnęliśmy pokój i nie mitrężąc zasiedliśmy do stołu ze wszystkimi. Jak bardzo mi brakowało podania przed nos talerza z gruzińskim jedzeniem, nalania wina…

niesamowite widoki, ludzie, czas. widok z Guesthouse 2005

Szybko weszliśmy na tory rozmów o wszystkim, ze wszystkimi. Każdy inny, z innymi doświadczeniami, z innego kraju. Samotni włóczędzy, pary, grupki, na dzień, dwa, miesiąc, całe wakacje. Każdy doznał już olśnienia w postaci zachwytu Gruzją, jej mieszkańcami, tradycjami, Kaukazem, spokojem. Jedni szukają przygody, widoków, ale większość właśnie separacji od świata „na dole”, odosobnienia, zlania z okolicą. Grigorij, gospodarz, hojnie dolewał wina, zapodając kolejne toasty, czasem żartobliwe, czasem dające wiele do myślenia. Byłam na miejscu, u siebie, nareszcie tam, gdzie powinnam. To tu chciałam wrócić, za tym tęskniłam. I gdy chyba nic nie mogło mnie zdziwić bardziej, Francuz oświadczył że idzie grać na skrzypcach do baru. Na skrzypcach. Na Kaukazie. Do baru???

konie i góry czyli wizytówki Tuszetii

Okazało się, że w tak odosobnionym miejscu jest bar. I to prowadzony przez Polkę. Musieliśmy to zobaczyć, choć od nadmiaru wrażeń (tego samego dnia rano wylądowałam dopiero nocnym pociągiem z Baku w Tbilisi) kręciło mi się w głowie. Dałam się jednak porwać Gruzji i tak wylądowaliśmy raptem 5 minut od naszego guest house w Arbuzi Bar (https://www.facebook.com/Arbuzibar), gdzie przez chwilę myślałam, że śnię. Ja nie jestem w Gruzji, tylko w Bieszczadach! Dokoła stołu z mnóstwem świeczek siedzieli w większości Polacy (ciągnie swój do swego) oraz dużo turystów z innych krajów, mieszały się zatem języki, śmiechy i muzyka. Nie było wprawdzie gitary, ale skrzypce też robiły swoje – atmosferę którą tak ukochałam, daleko stąd. I wtedy poczułam, że Tuszetia zapuściła korzenie głęboko w moim sercu.

wieże Omalo i Omalo Górne

Każdego ranka zaczynaliśmy od śniadania z częściowo tymi samymi, a czasem nowymi włóczęgami, rozmawiając nie tylko o podróżach, ale też o życiu, przygodach, planach, sztuce, muzyce. Mimo różnic życia okazywaliśmy się tak naprawdę podobni, co zbliżało sercem i umysłami. Góry naokoło, Droga Mleczna ciągnąca się po całej rozpiętości nieba, konie parskające i przechadzające się po polach sprawiały, że magia utrwalała się głęboko, zderzając czasem na synapsach z nierealnością tego, co się dzieje. Zbyt pięknie, zbyt niesamowicie. Każdego dnia wyruszaliśmy na szlak, czasem pieszo, czasem konno, by powrócić na wieczór i znów zasiąść do wspólnej celebracji posiłku, opowiadając jak było, dzieląc się wrażeniami, rozpijając kolejne dzbanki cudownego wina, śmiejąc i snując rozważania na temat życia. Każdego dnia dowiadywaliśmy się więcej o ludziach, ale i sobie, czyszcząc dusze zmęczeniem, prostymi radościami. W ciągu dnia mocno przypiekało słońce, a noc ożywczo chłodziła skórę i rozpaloną głowę. Sylwetki gór majaczyły dniem i nocą nad nami. Sen był twardy i przynosił ukojenie.

polski guest house Arbuzi Bar w Tuszetii – Polacy ukochali ten region w szczególności i z wzajemnością!

Gdy piątego dnia musieliśmy zebrać się w drogę powrotną, dopiero wtedy uderzyło mnie, jak magiczne było to, co przeżyliśmy. Tak ciężko przyszło się żegnać, po raz ostatni ogarnąć wzrokiem Kaukaz z wysokości wież, górujących nad Omalo. Nie sposób było podziękować wystarczająco Marysi prowadzącej Arbuzi bar za moc rad, pomocnych rąk, rozmówi ciepła miejsca. Tak jak zdjęcia, pokazujące tylko w dwuwymiarze to co widzieliśmy duszą, nie są w stanie oddać Tuszetii, tak i słowa nie mogły przekazać tego jak byliśmy wdzięczni współtowarzyszom za niekończące się rozmowy, muzykę, radość wspólnego istnienia. Gdy jeep zakurzył za nami obraz w tyle, poczułam jak głęboko Kaukaz wdarł się w serce. Jednak patrzyłam na krajobrazy innymi oczami, bo góry odbijały się w sercu jak lustrze.

A czy pozostał żal po ludziach? Uśmiecham się do siebie. My włóczędzy, żyjemy na jednej planecie. A życie bywa niezwykle zaskakujące. Wystarczy tylko chcieć.

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s